Blog

  • Powroty do głębi.

     O późnych powołaniach, ateizmie kulturowym i pustce współczesności

    Bardzo interesujące zjawisko można dziś obserwować we Włoszech. Tamtejsze seminaria notują wyraźny wzrost liczby kandydatów do kapłaństwa. Jak zauważa Andrzej Macura, w diecezjach pojawiło się 1804 nowych kapłanów, a połowa z nich posiada już drugi dyplom. To właśnie jest najbardziej uderzające.

    Ci mężczyźni tworzyli swoje życie w ramach współczesnego świata. Choć nie znamy historii każdego z nich, można dostrzec wspólny rys socjologiczny: to osoby wykształcone, zawodowo doświadczone, często po trzydziestce. W pewnym momencie odkryli, że dotychczasowa droga nie spełnia ich oczekiwań. Że współczesne modele kultury Zachodu — kariera, przyjemności wynikające z pieniędzy, podróże, seks bez zobowiązań, życie bez odpowiedzialności — są tylko powierzchownymi gestami wobec głębi ludzkiego życia. Wobec głębi głosu Boga, który zaprasza do życia pełnego, a nie jedynie wygodnego.

    Współczesność jest zgiełkliwa. Zalewa nas nadmiar komunikatów, obietnic i możliwości. Jednak gdy przyjrzeć się tej mozaice z bliska, wiele z tych propozycji okazuje się wypłukanych z sensu. To świat, który oferuje intensywność, ale nie oferuje znaczenia.

    Przez wiele lat pokutowało przekonanie, że ateizm jest zjawiskiem elitarnym — że wymaga niezależności intelektualnej i odwagi, by żyć poza wierzącą większością. Religia miała być domeną zabobonu, braku wiedzy i braku światłego rozumu. Tymczasem okazuje się, że to właśnie wyższe wykształcenie coraz częściej staje się katalizatorem powrotu do religii, a ateizm kulturowy — ten wynikający z obojętności, nie z refleksji — jest częściej powiązany z niższymi formami wykształcenia. Można postawić tezę, że ateizm kulturowy wynika nie z namysłu nad rzeczywistością, lecz właśnie z jego braku.

    Interesujące jest również to, że ci nowi kapłani dobrowolnie rezygnują z wygody. Duchowieństwo nie ma dziś dobrej prasy, nie jest też środowiskiem sprzyjającym rozwojowi kariery w sensie kapitalistycznym. Kapłaństwo to forma służby — wzięcie odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale również za innych: za parafię, za parafian, za tych, którym posługuje się misyjnie. Kapłan to przede wszystkim sługa Pański.

    Ci mężczyźni, w całej złożoności swoich życiorysów, odnaleźli działanie Boga i chcą być wierni Jego powołaniu. Dla wielu ludzi z ich otoczenia to zapewne zachowanie niezrozumiałe. Jak opowiedzieć człowiekowi XXI wieku — człowiekowi, który nie rozumie własnego człowieczeństwa i zaczyna przegrywać spór z maszynami — czym jest wezwanie i posłuszeństwo wobec tego wezwania?

    Właśnie ci księża mogą potrafić to zrobić inaczej. Może nawet lepiej. Ich świadectwo będzie autentyczne, a wiara — wynika z namysłu, doświadczenia i spotkania z Bogiem. To nie jest religijność odziedziczona. To religijność odkryta

  • Kultywacja miłości. Co o małżeństwie mówi nam przypowieść o pszenicy i chwastach?

    Jest taka tradycja w Kościele – chodzi o zapowiedzi przedślubne. Nie znam do końca jej genezy, ale rozumiem, że jest to istotny komunikat dla wspólnoty. Ma zabezpieczać wspólnotę oraz Sakrament Małżeństwa.

    Mnie osobiście bardzo ona porusza. Oto młodzi ludzie będą chcieli iść przez resztę życia ze sobą. Przed nimi jedno z największych wydarzeń – założą rodzinę. Obwieszczają, że nadchodzi dzień wielkiej radości, dzień wesela. Będą od tej pory już razem. Będą w miłości i szczęściu, ale także w sytuacjach mniej komfortowych, bo wspólne życie to także troski – troski, które dzielone na dwoje ważą mniej. Chociaż tutaj dzielone na troje – do małżeństwa zaprasza się Chrystusa Pana.

    Dwoje młodych ludzi, uniesionych szaleństwem serca, rzuca wyzwanie rzeczywistości – do końca życia razem. Nie mamy pewności, co będzie jutro, ale miłość nadaje perspektywom pewności: razem, kochając się, na pewno sobie poradzimy. Będę miał Ciebie, a Ty będziesz mieć mnie.

    W Kościele rodzina budowana jest w oparciu o sakrament, dlatego ma to wymiar materialny, ale także duchowy.

    Dzisiejsze czytanie mówi o chwastach i pszenicy. Patrząc na swoje małżeństwo, widzę, że to ono wymaga stałej czujności i dbania o to, żeby ogród naszego życia był uprawiany z troską. Troską o to, aby chwasty, które się pojawiają, nie wzrastały. Życie małżeńskie to stała kultywacja zasianego ziarna – ziarna miłości. To zadanie dla dwojga, musimy być zaangażowani w to razem. Zaangażowani razem z Bogiem, co daje punkt odniesienia i daje poczucie spokoju, ale Bóg zostawia nadal przestrzeń dla nas, abyśmy pracowali, troszcząc się o siebie, o ogród naszego życia i o owoce naszych serc.

  • Gorliwość, która prowadzi do nieposłuszeństwa.

    W ostatnim czasie znowu głośno zrobiło się o Bractwie Świętego Piusa X. Lefebryści po raz kolejny podważyli autorytet Ojca Świętego. Wbrew Ojcowi Świętemu dokonali święceń biskupich. Historia zna już takie zachowania. Nie chodzi tylko o  głośne i kontrowersyjne konsekracje w Écône w 1988 roku, które zaciągnęły ekskomunikę.  Sprzeciw wobec decyzji Papiestwa to część historii Kościoła.

    Duchowość lefebrystów jest interesującą – kto nie zgodzi się z tym, że Kościół ma pewne problemy? Kto nie zgodzi się z tym, że liturgia nie jest istotna? Dbałość o detale liturgii to przecież gorliwość, o która powinniśmy walczyć. Argumentem koronnym jest też to, że coś tradycyjne jest lepsze od tego, co współczesne. Nie mając pełnego dostępu do przeszłości lubimy romantyzować przeszłość.
    Problem w tym, że Kościół jest rzeczywistością dynamiczną, a wierni to nie grupa rekonstrukcyjna, która z lęku przed zmianami świata chce powrotu do tego, co już nie jest dla nas dostępne. Papież natomiast jest namiestnikiem Jezusa Chrystusa Pana, jemu czuję, że jestem winien posłuszeństwo i to myślenie jest jak najbardziej tradycyjne. Starsze bowiem od rytu trydenckiego.
    Ruchy tradycjonalistyczne to ruchy, które przypominają w swoich zachowaniu ruchy animowane przez Lutra – który chciał wrócić do tego, co było. Jego zdaniem papiestwo było dalekie od Boga, a wszystko przestawało być takie jak dawniej. Przecież to są właśnie argumenty lefebrystów – argumenty protestu. Argumenty sprzeciwu oraz koncentracja na formie. Lefebryści to po prostu nowoprotestanci.

     

    Wysłuchałem rozmowy przeprowadzanej przez Bogdana Rymanowskiego pomiędzy ks. Orfeuszem Malesą, a ks. Szymonem Bańką.

    Ksiądz Orfeusz jest księdzem związanym z klasycznym rytem rzymskim, a ksiądz Bańka jest aktywnym lefebrystą.  Rozmowa była interesująca. Pokazała wiele logicznych luk w warstwie retorycznej lefebrystów. Jednak ta rozmowa zostawia jedno wrażenie we mnie – lefebryści to ludzie dogłębnie przejęci tym, że Kościół może się zmienić naprawdę niekorzystnie. Myślę, że dobrze jest modlić się za siebie wzajemnie – o jedność. O to, żeby nie rozdzierać nigdy tuniki Pańskiej. Jeśli Bóg będzie chciał to znajdzie drogę dla pojednania.

    Link do rozmowy :

    https://www.youtube.com/live/JFJNn26EJJ8?si=PAt_mLWyjHt6Q6fC

  • Kakofonia mroku kontra cichy szept. Dlaczego zagłuszamy własną duszę?

    «Mt 10, 26-33».
    „Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach”.

    Zastanawiam się, nad tym fragmentem z  dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi w ciemności. Przecież to nie on jest panem ciemności, a Panem Światłości. Cóż Bóg mógłby mówić w zmatowionym świecie bez blasku? Przecież Jego Słowo jest pełne światła i blasku. Mam takie wspomnienie ciemności w swoim życiu. Ta ciemność nie była wynikiem tego, że Boga nie ma, a była wynikiem mojej decyzji. Będąc w sytuacji pełnej mroku, wydawało mi się, że wszystko jest mrokiem, a to ja stałem tyłem do światła. Wtedy słyszałem Jego głos. Cichy. Nienarzucający się. Tak jakby ktoś faktycznie mówił na ucho.

    „Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle.”

    Ciemność nie jest ciszą. Jest raczej kakofonią, bezkształtem dźwięków, od których się głuchnie. Zatraca się wrażliwość. Brak wrażliwości, znieczulenie, prowadzi do paraliżu duszy i ducha. Duchowa flauta prowadzi do tego, że z czasem tracimy to co nas odróżnia od świata zwierząt – tracimy duszę. Co ciekawe bez wrażliwości wewnętrznej, bez duszy możemy łatwo zatracić też cielesność. Współczesność podpowiada nam stale że ciało jest źródłem przyjemności – mamy stale dostarczać bodźców, które będą nas pobudzać, przy jednoczesnym pogłębiającym się paraliżu duchowości. Pobudzenie ma dawać poczucie braku tej wewnętrznej stagnacji.

    Jedyną drogą jest wyciszenie otwarcie się na cichy głos.

    „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.”

    Otworzyć się i wyznać, że tu i teraz jest niewystarczające, że jedyne czego nam potrzeba, to Słowo Boże – ucieleśnione w Jezusie Chrystusie – Panu i Zbawicielu. Potrzebuje Twojego ukojenia, Twojego ciepłego szeptu, który prawem miłości zmienia tu i teraz w wieczność.

  • „Wymagania to także miłość. Ewangelia z perspektywy ojca

    «(J 3, 16-18)».
    „Tak Bóg umiłował świat(…)”

    Patrzę na dzisiejsze czytanie z perspektywy ojca, którym jestem. Najbardziej boli wtedy, kiedy dziecko choruje, kiedy jego sytuacja jest zła i nie mamy wpływu na to, żeby było mu lepiej. Chciałbym zawsze swojemu dziecku dać więcej niż sam miałem i niż sam mam. Oczywiście w zdrowych dla jego rozwoju granicach i ilości oraz formie, bo wymagania to także miłość.
    Bóg, który jest ojcem niebieskim kocha nas nieskończenie mocniej. Jest to miłość, która chce dać to, o czym marzą ludzie na przestrzeni wieków. Jego miłość to antidotum na śmierć, Jego miłość to szansa na życie wieczne.

    „(…)kto nie wierzy, już został potępiony(…)”

    Chociaż brzmi to niezwykle gorzko, to przecież człowiek, który nie wierzy Bogu, który jest miłością, nie wierzy tak naprawdę w miłość. Tu nie Bóg potępia, ale człowiek siebie samego potępia, odrzucając możliwość uczestniczenia w planie zbawienia, w planie kochania i bycia kochanym. Człowiek bez tego zawsze zostaje sam, bo miłość wymaga drugiego. Nie ma możliwości doznania miłości bez kochania drugiej istoty ludzkiej – nie mogę kochać Boga, jeśli nie potrafię kochać innych ludzi. Nie będę umiał kochać samego siebie, jeśli wcześniej nie doznam tego, czym miłość w ogóle jest

  • Fundamenty: Religia to nie bankomat wiary”

    «J 6, 22-29»

     

    Ubiegły tydzień mijał  pod znakiem cudów. Przynajmniej w czytaniach liturgicznych. Takich cudów, które są blisko. Takich, które dotyczą tego co dotykalne, cielesne, materialne. Jezus rozmnożył pożywienie, dał z obfitości tym, którzy pragnęli go słuchać. Myślę, że każdy lubi, kiedy mu się wiedzie i ma na to dowód w postaci wymiernego, materialnego dobra. Wiara wtedy jest łatwa. Pytanie, czy wielbi się wtedy dawcę, czy dar?

    «Rabbi, kiedy tu przybyłeś?»

    Najłatwiej opływając dobrem stracić sprzed oczu istotę tego co jest dla nas najważniejsze. Religia staję się wtedy formą bankomatu wiary –  Boże Ty mi daj, ja będę Cię wielbił.  To taka trawestacja znanego – jak trwoga to do Boga. W sytuacjach niecodziennych modlitwy nabierają na intensywności, przynajmniej w moim przypadku. Kiedy jest flauta to dotyka także ducha.
    Dobra materialne i troski życia codziennego są dla każdego ważne, dlatego Jezus przecież dba i o to. Dotyka ciała i materii, ale wskazuje na to, że to co z ducha to co wieczne jest pieczęcią, która naznacza Nas Bóg.

  • Nikodem w XXI wieku. Dlaczego same chęci to za mało?

    «J 3, 1-8»; «J 3, 7b-15»

     

    «Trzeba wam się powtórnie narodzić»

    To co mnie wczoraj uderzyło, a dzisiaj do tego wracam to konkret. Jezus nie stwierdza wcale, że zrodzenie na nowo może się realizować na znanych nam zasadach. Bóg nie jest sprzeczny. Nie można cofnąć czasu, nie można zrobić kroku wstecz. Nie można fizycznie zrodzić się na nowo, chociaż język stwarza taką możliwość – czujemy się niekiedy jak nowo narodzeni.
    Tu jednak chodzi o wewnętrzną dyspozycję. Zmiana wynika ze środka. To jest też ciekawe, bo wielu ludzi obecnie poddaje swoje ciało metamorfozom. Jednak to nie jest do końca trwała zmiana. Większy biceps, czy naciągnięta skóra, to jest tak naprawdę podążanie za modami.

    « Jeżeli wam mówię o tym, co ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?»

    To co ziemskie, co przyziemne – ciało. Dane przez Boga, jednak mające swoje prawa i wymuszające określone zachowania. W kwestiach ziemskich Bóg zostawił nam wiele wskazań, które ułatwiają dobre i zdrowe funkcjonowanie. Nie chodzi tylko o regulowanie biologii, chociaż też, ale chodzi także o to, że religia jest planem etycznym. Ten zakres regulujący nasze interakcje, poprzez przykazanie miłości jest właśnie tą radykalną zmianą, która wynika z odradzenia się przez wodę chrztu i rozpalenie cnót Ducha Świętego. Poszedłbym jednak o krok dalej – chodzi o życie sakramentalne w pełni. Zmiana, która wynika ze środka, bez sakramentów jest trudniejsza.

  • Fundamenty: Dekada miłosierdzia pod jednym dachem

    «J 20, 19-31»

    Dzisiaj jest wyjątkowy dla mnie dzień. Jest to oczywiście niedziela Miłosierdzia Bożego, dzień szczególny w Kościele. Jednak dla mnie ta wyjątkowość bierze się ze zbiegu daty.

    «Pan mój i Bóg mój!»

    Dekadę temu pojechałem na obchody do Bazyliki Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach z moją(wtedy) narzeczoną. Ślub był zaplanowany na koniec kwietnia, tak więc  postanowiliśmy wzmocnić naszą miłość zapraszając do relacji Jezusa Pana. Z perspektywy czasu widzę, że przeszliśmy razem wiele różnych chwil i momentów. Było ciężko, było gorzko, ale było też zawsze przebaczenie i jeszcze większa miłość.  Było miłosierdzie małżeńskie, które było silniejsze niż zniechęcenie. Miłość małżeńska to największy skarb, który został mi dany przez Boga. Ze wszystkich łask, których doświadczyłem w życiu, to właśnie najowocniejsza jest relacja do mojej ślubnej. Doświadczyłem prawdziwej głębi ludzkiej miłości – dalej jej doświadczam, także jako ojciec.

    Dawniej byłem jak Tomasz z dzisiejszego czytania -0 ja musiałem dotknąć, żeby uwierzyć. Zamiast tego Bóg dotknął mojego serca siłą miłosierdzia – Pan mój i Bóg mój.

  • O spotkaniu, które musi dojrzeć

    Łk 24, 35-48

     «Macie tu coś do jedzenia?»

    Czytanie jest wczorajsze, a wpis dzisiejszy. Musiało to popracować. To jest w ogóle fenomen Pisma Świętego, że nie od razu odkrywa to, czym się dla mnie staje. Czasem trzeba przemyśleć jakieś zdanie, jakiś fragment. Czas wytłuszcza i pogrubia esencję tego, co litery chcą powiedzieć.
    Jezus Zmartwychwstały, spotkany po raz kolejny. Uczniowie, którzy mieli coś, co nazwałbym roboczo rutyną Jego wyjątkowości, są po raz kolejny tak samo zaskoczeni. Cuda się działy, byli ich świadkami, w Jego imieniu wypędzali złe duchy, a mimo to nie są w stanie zrozumieć, tego co się dzieje. Po ludzku to ich przekroczyło. To jest kojące. Zazwyczaj kiedy dzieją się rzeczy nagłe,  niekoniecznie chciane nachodzi mnie czasami zwątpienie.  Chociaż zwątpienie nadchodzi częściej, kiedy nic się nie dzieje. to jednak inny temat – duchowej flauty. Oni także nie dostrzegali tego, że w chwili najcięższej próbny, On jest między nimi. Tak samo namacalny fizycznie, tak samo ludzki.

    Potem przyszło oświecenie. Po spotkaniu, po czasie, Wytłuszczył się sens tego, co napisane. Najpierw jednak musiało dojść do spotkania.

  • Fundamenty: Bóg nie ma innych rąk niż Twoje

    «Dz 3, 1-10»

    Dzisiaj Ewangelia koncentruje się na spotkaniu uczniów w drodze do Emaus. Bóg, którego spotykamy, a którego nie poznajemy. ten, który nas karmi mądrością i sobą, a umiemy to dostrzec ledwie muśnięciem jaźni. Jednak dzisiaj Dzieje Apostolskie są interesujące równie mocno – to taki reportaż z narodzin nowej rzeczywistości.

    «Nie mam srebra ani złota – powiedział Piotr – ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!»

    Ewangelie dają świadectwo cudów i uzdrowień Jezusa Pana. Piotr i Jan, kiedy już pomiędzy nimi nie ma Boga czynią dobro w Jego imieniu. To piękne, że Bóg, na którego przyjście czekamy pozostawia nas w dyspozycji do czynienia dobra w Jego imieniu. To wskazanie, że Bóg działa przez ludzi, że może działać przez nas samych. Czasami kiedy rozmawiam ze znajomymi o złu na świecie, pojawia się pretensja, że Bóg gdyby chciał to by naprawiał każde zło, to dla niego „małe miki”. To zrozumiałe, ale to przecież On zaprasza nas do udziału w Jego planie stworzenia i również w planie tworzenia dobra. Możemy działać w Jego imieniu, na większą Jego chwałę, czyniąc rzeczy wielkie, ale także te mniej zauważalne. Jesteśmy zaproszeni przez samego Boga do tego, aby brać odpowiedzialność za los innych, za los naszego otoczenia. Swoją drogą Piotr wskazuje na to, że często  najprostsze metody rozwiązywania problemów, nie rozwiązują wcale problemów. Czy garść złota postawiłaby chromego na nogi? Nie srebro i złoto, nie środki materialne, które wiele ułatwiają, a także pozwalają zachować dystans od głębi ludzkich problemów. Tu trzeba było głębokiej wiary, wejścia w los drugiego człowieka. Wzięcia części odpowiedzialności za innego i podjęcia trudu związanego z tym, że rzeczywistość która jest taka jaka nas zastaje podlega przeobrażeniu. To wymaga jednak zaufania w to, że można coś odmienić, że mamy wpływ na los.